Chińskie zauroczenie – proza Lisy See | No kurczę, kocham Chiny, no!


Chiny, Kultura, Lifestyle / środa, Lipiec 11th, 2018

Do tej pory Chiny kojarzyły się wam zapewne tak, jak mi – z napisem made in China, zjadaniem psów oraz niewolniczą pracą w fabrykach za miskę ryżu.

O ile pewne skojarzenia mogą mieć w sobie dużo prawdy, o tyle ja znalazłam w prozie nieznanej mi wcześniej autorki niesamowite ukojenie. Jej historie o chińskich miastach i prowincjach sprawiły, że nareszcie znalazłam kulturę, którą chciałabym zgłębić. Tego mi właśnie brakowało.

Chiny w wersji papierowej

Widzicie ten cytat na grafice? To właśnie dzięki niemu zaczęłam czytać regularnie książki (jak na pisarza to marnie mi szło to czytanie, głównie na potrzeby riserczu). Sięgnęłam po powieść z okazji zaliczenia jednego przedmiotu, związanego z literaturą. Miałam opowiedzieć o lekturze w ciągu trzech minut i własnie ta pozycja, zaproponowana przez profesorkę, sprawiła, że się zdecydowałam. A potem przeczytałam i dosłownie – utonęłam. Mam wrażenie, że Chiny zaczęły mnie pochłaniać nie tylko pod kątem literatury (na 10 przeczytanych książek 7 z nich dotyczy chińskiej kultury), ale również pod kątem znaków chińskich, diet oraz sposobu wychowania dzieci. Z tej miłości, która bardzo szybko kwitnie, postanowiłam we wrześniu napisać na konkurs książkę, tak zwaną bombę kulturową, w której chińskie wychowanie będzie miało sporo do powiedzenia. Ale przede wszystkim zacznijmy od początku.

Lisa See i jej spojrzenie na Chiny

Lisa See to pisarka – odkrycie roku, prawda? Cytat jest jej autorstwa, pochodzi z bajecznie brzmiącej powieści: „Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz”. Dałam się zwieść temu tytułowi, pozwalając sobie na zwątpienie, jakoby Chiny za czasów panowania Daoguanga  były krainą magiczną, zupełnie tak, jak tytuł. Jakież było moje zdziwienie, kiedy doczytałam, że cytat, którymi ja was przywitałam, nie był w żaden sposób ironiczny – był prawdą. „Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz” odziera przed nami bajeczność dawnych chińskich rodzin. Mówimy sobie: oni wierzyli w tyle ciekawych bogów, mieli piękne święta, a każdy gest i każda roślina miała u nich znaczenie. Tymczasem na kartkach powieści pisarki pozostała straszna surowość. I to własnie ona pozwoliła mi zakochać się w Chinach. Nigdy nie myślałam, że tak polubię czyjś kraj za coś, czego nie umiem zrozumieć w naszej rzeczywistości. W końcu i ja, ze względu na orientację, jestem tłamszona. Jednak dzięki pewnym faktom, autorka potrafiła pokazać nam chińskie kobiety w zupełnie innym świetle.

Bo wiecie, jak to było w tych Chinach…

Nie wiecie? Już wam mówię. W wielkim skrócie Chiny za wyżej opisanych czasów, nawet do XX wieku to czas ucisku kobiet, ich ślepego posłuszeństwa rodzinie, wyznawanie zatwardziałego patriarchatu i liczenie się tylko z mężczyznami. Kobieta była „bezużyteczną gałązką” i jako feministka powinnam sapnąć i odstawić tę trudną prawdę. Ale nie mogłam. Przy pierwszej powieści, czyli właśnie „Kwiatu Śniegu” (zdradzę wam, że główna bohaterka nazywa się właśnie Kwiat Śniegu), Lisa See pokazała, że w przeszłości kobiety porozumiewały się ze sobą. Stworzyły swój własny język, nazywany nu shu. W polkiej sieci niewiele jest informacji na temat tego pisma. Najważniejsze fakty udało mi się wyłapać, zarówno z niezawodnej Wikipedii, jak i z posłowia od autorki:

  • Pismo liczy sobie około 400 lat,
  • Posługiwały się nim wyłącznie kobiety, zapisują treści na typowo kobiecych przedmiotach, na przykład wachlarzu,
  • Pismo nu shu było „przerobionym” pismem męskim, wdzięcznym i łagodnym, jednak żaden mężczyzna nie mógł go czytać,
  • Mój ulubiony, duchowy aspekt – nośniki pisma. Na przykład właśnie wachlarze, zostały palone po śmierci kobiety, by mogły wędrować za jej duszą.

Słowa, które zapadają w pamięć

Ekstra dodatek ode mnie – sama chciałabym się nauczyć nu shu, chociaż to mocne słowo. Chciałabym skorzystać ze słownika, który powstał w latach 80. ubiegłego stulecia, by opisać polskie, błękitne niebo. To trudna sprawa, ale w życiu nie ma rzeczy niemożliwych. To pokazują książki Lisy See, której chiński świat, przedstawiony przeze mnie, jest wyłomkiem. Jest kawałkiem pewnej całości, którą chcę pochłonąć. W tym celu wypożyczyłam z biblioteki całą historię Chin – bo widzę w tym i sens, i radość. Inne powieści autorki właśnie kończę. Dotyczą one nie tylko czasów przeszłych („Miłość Peonii – polecam ukazanie wierzeń w podróż zmarłych i właściwość przygotowania ich do spoczynku wiecznego), ale bardziej teraźniejszych. Tak było w przypadku „Dziewcząt z Szanghaju”, od których nie mogłam się oderwać i dzisiaj własnie je kończę. Mam zakupioną drugą część – która aż do mnie krzyczy.

Daleko mi do Chin

I oby było kiedyś bliżej, bo mam wrażenie, że będę musiała je odwiedzić przynajmniej raz w swoim życiu. Już zaczęłam wyszukiwać interesujące mnie oferty, ale to podróż dość wykańczająca, nie mówiąc o potrzebie wzięcia urlopu w swojej własnej firmie. Niemniej jednak będę często na Miejskich Magnoliach pisać o mojej fascynacji Chinami. Kolejny post? Imiona dla chińskich kobiet i ich związek z kwiatami. Na bank!

A co z działką? Na razie walczymy o to, by znaleźć miejsce na ziemi specjalnie dla nas, ale nie mamy na to przysłowiowego parcia – wierzę, że w przyszłości znajdzie się dla nas specjalna ziemia, na którą musiałyśmy poczekać. Miejskie Magnolie będą jednak o ogrodnictwie i kwiatach – wszak żyjemy w stolicy sadownictwa w Polsce!